30.05
O godzinie 15:30 mamy pakować bagaże. Na luzie, bez nerwów (w końcu godzinę wcześniej parę osób, wraz ze mną, zdało ostatnią maturę :)) czekamy na autobus i spokojnie wrzucamy do niego swoje torby. Niektórzy twardo idą z jednym plecakiem, inni, jak Boro, z trzema walizkami. Ale wszystko mieścimy bez problemów.
O 21 wyjeżdżamy. Na dobry początek Redaktor czegoś tam zapomina. Romantyczne pożegnania, machania do szyby i po chwili jedziemy już w kierunku Danii. Rozpoczyna się festiwal filmowy Olimpijczycy 2008 :) Na początek jest nieźle – Klaus, Commando (w tym roku wreszcie działał w całości). Nie wiem czy to plota, ale podobno w Niemczech po zmroku nie można oglądać filmów w autokarze, więc wyłączamy telewizor i próbujemy zasnąć. Mnie się udaje, mam dość dobrą miejscówkę.
31.05
Po drodze parę postojów, Dania sprawia bardzo dobre wrażenie. Czysty, zadbany i uporządkowany kraj. Niestety na jednej ze stacji benzynowych nie ma toalety, więc paru naszych chłopców trochę narusza tę czystość pod czyimś płotem ;-). Około 12-13 jesteśmy w Hanstholm. Piękna słoneczna pogoda, ale cały port śmierdzi rybami. Nasz prom wygląda całkiem nieźle, chociaż po wszystkich opowieściach o saunie i dyskotece spodziewaliśmy się drugiego Titanica. Oprócz nas z Polski jadą dwa busy z okolic Wrocławia, w tym były wychowawca z naszego internatu, pan Brzozowski. Reszta to w większości Niemcy, Duńczycy i Farerowie. Na prom wchodzimy około 15. Trochę więcej o statku, o tym jak spędzaliśmy na nim czas i co takiego można na nim robić, można przeczytać tutaj.
Pod wieczór wykłady – trochę śmiesznie musieliśmy wyglądać siedząc pod ścianami korytarza przed windą, ale "niemieccy emeryci" (umowna nazwa wszystkich innych pasażerów) patrzyli z zainteresowaniem.
01.06
Wstałem akurat w momencie wyjścia promu z Bergen, do którego nie schodziliśmy. Atrakcje dnia to wykłady i cukierki z okazji dnia dziecka. Poza tym prom, prom, prom...
02.06
Jest już zimniej – czuć, że północ. Przypływamy do Wysp Owczych i objeżdżamy je, podziwiając krajobrazy i wgłębiając się w życie tubylców :) Wygląda to ładnie, choć specyficznie i trochę monotonnie. Drzew właściwie nie ma (najwięcej ich na cmentarzach), pełno za to malowniczych wzgórz i urwisk. Zatrzymujemy się na spacerek po jakimś małym miasteczku (Eidi). Jakiś miejscowy mówi nam, że mamy szczęście, bo dzisiaj jest "fine weather" :D Było może 10 stopni, zachmurzenie całkowite. Domy wyglądają jak stare chaty rybackie, a na ulicach właściwie nie ma ludzi. Większość z nas mówi, że na dłuższą metę nie da się tu mieszkać, ale trzeba przyznać, że ta oaza spokoju ma swój urok. Świetnie wygląda boisko przy samym morzu – bo tylko tam jest na nie miejsce. W dalszej drodze zatrzymujemy się na zdjęcia z owcami i pociesznie ganiamy je po całym pastwisku. Ale zdjęcia są :) Mamy też czas wolny w innej, większej miejscowości (Klaksvik). Z racji tego, że nie ma co robić, kupujemy i pijemy mleko (za 5 zł). Ostatnią atrakcją jest najstarsza chata na Wyspach Owczych. Wprawdzie sama chata to jakaś kpina z turystów, ale jej okolica jest bardzo ładna, idealne miejsce dla kogoś, kto potrzebuje trochę odpoczynku od świata. W pobliżu są też ruiny katedry, które obecnie wyglądają jak jakiś pomnik nazizmu. Zaczęło padać, więc rezygnujemy z planowanego spaceru i na prom wracamy autokarem. Jęków zawodu nie słychać :)
03.06
Przed południem dopływamy do Seydisfjördur. Mgła jest bardzo gęsta, z trudnością można dojrzeć grzbiety fiordu. Przy zejściu z promu brak jakiejkolwiek kontroli, dotrzymywanie trzykilogramowego limitu okazało się w tym wypadku niepotrzebne. Wsiadamy do autobusu i jedziemy do Egilsstadir. W tle leci film o Islandii, który będzie towarzyszył nam przez cały wyjazd i sprawi, że cały autokar, jak jeden mąż, wyłącza głośniki :) Trasa to pierwsze zetknięcie się z księżycowym krajobrazem Islandii, choć mgła momentami uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek. W Egilsstadir wymieniamy walutę – w banku nie ma na szczęście prowizji, jest za to darmowa kawa.
Podjeżdżamy do pobliskiego Bonusa na pierwsze zakupy. W środku przyjemne zaskoczenie – uczestnicy poprzednich obozów z radością stwierdzają, że ceny nie są tak horrendalnie wysokie jak w Skandynawii i tym razem można sobie pozwolić na nieco więcej. Hitem jest Fanta, 88 ISK za 2 litry. Równie wielkim hitem był Redaktor, który na początku zapomniał, że za pieniądze na chleb warto kupić chleb :)
Obładowani żółtymi torbami z różową świnką Bonusa wyruszyliśmy w kierunku kempingu i pierwszej islandzkiej atrakcji, pól geotermalnych Namafjal. Okolica wygląda jak pustynia – gdyby nie zimny wiatr i brak słońca, możnaby się poczuć jak w Arizonie. Bulgoczące szare błotko, wydobywający się z niego dym i ziemia pokryta siarką to jednak widok całkowicie unikalny. Mało unikalny, ale bardzo intensywny jest za to zapach siarkowodoru. Wszędzie śmierdzi, mocno :) Kemping położony jest koło jeziora Myvatn. Mamy widok na wielki krater i pokryte wulkanicznymi głazami pola. Mocno wieje, ale pogoda nie jest taka zła. Kemping jest niewielki i dość skromny, ale można się było tego spodziewać. Oprócz nas są jeszcze dwaj motocykliści z Niemiec, którzy będą przewijać się przez całą naszą podróż :) Jest kuchnia, dwie łazienki. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że ciepła woda śmierdzi tak jak oglądane niedawno pola geotermalne – zgniłym jajkiem. Zapach nie jest może bardzo intensywny, ale branie prysznica, przynajmniej na początku, jest mało przyjemne. Aha – obok kempingu mamy pastwisko owiec, sympatyczne zwierzątka :)
04.06
Niektórzy jadą na wycieczkę rowerową, inni śpią dłużej. Dla mnie dylemat między rowerami a snem może mieć tylko jedno rozstrzygnięcie, więc około 11 jadę autokarem w okolice wulkanu i elektrowni geotermalnej Krafla. Oglądamy krater z piękną turkusową wodą i wulkaniczny krajobraz płaskowyżu. Gdy wracamy na kemping, rowerzyści już tam są – jemy więc obiad i wyruszamy ku następnym atrakcjom. Jako, że grupa z rowerami nie zobaczyła miejsc, które my zwiedzaliśmy wcześniej, zawozimy ich tam, a sami udajemy się na spacer po polach wulkanicznych w okolicy. Nie mamy niestety zbyt wiele czasu, więc trasę trzeba skrócić. Gdy grupa jest już w komplecie jeziemy na kąpielsko geotermalne w Myvatn. Na dworze jest dość zimno, więc po wyjściu z szatni biegiem lecimy do ciepłej (ok. 40 stopni) wody. Pierwsza reakcja – śmierdzi, tak jak ciepła woda pod prysznicem. Ale nie jest tak źle – jest ciepło i przyjemnie. Wieje tylko w głowę, zwłaszcza jeśli się ją pomoczyło. W lagunie walczymy w zapasach i bawimy się w "kto podejdzie bliżej do wrzącej wody" :) Odkrywamy też saunę i brodzik z jeszczę gorętszą wodą. Choć nie ma tam za wiele do roboty, półtora godziny mija całkiem szybko. Po wyjściu z niezadowoleniem stwierdzam, że zapomniałem zdjąć srebrnego medalika. Teraz mam czarny, ale chemicy mówią, że się doczyści :) Po powrocie wykłady, z astronomii o UFO, jak dobrze pamiętam :)
05.06
Dzień w stylu ubiegłorocznego obozu – główną atrakcją jest autokar i jego dwa telewizory. Nawet nie pamiętam co oglądaliśmy, chyba "300" i jakieś ambitne produkcje w stylu Rambo. Niestety, większość przespałem :)
Po drodze mieliśmy postój przy wodospadzie Godafoss (ładny i spory, choć zobaczymy jeszcze większe :)) i zakupy w Akureyri. Na końcu drogi Hafnarfjördur, miasto leżące obok Reykjaviku. Bardzo fajny kemping z dużą salą konferencyjną, w której jemy, słuchamy wykładów i siedzimy do późnej nocy (późnej, ale jasnej :)). Niektórzy nawet tam śpią. Trafiamy też na dyskotekę w pobliskiej szkole. Niestety, kończy się chwilę po tym, jak ją odkrywamy :)
06.06
Dzień poświęcamy na zwiedzanie Reykjaviku. Na pierwszy ogień idzie Muzeum Narodowe, w którym, wraz z grupą Kanadyjczyków, wysłuchujemy opowieści pani przewodnik. Jak na Muzeum Narodowe, jest w miarę ciekawie. Następnie udajemy się na spacer po mieście – mijamy nowoczesny ratusz i parlament wielkości naszej sali gimnastycznej. Reykjavik wygląda ładnie, czysto – choć nie jest to miasto tak zadbane jak np. Sztokholm. Jak łatwo się domyślić, nie ma zbyt wiele wieżowców – przeważają jedno- lub dwupiętrowe budynki. Nad miastem góruje katedra, surowa, ale dość okazała.
Po obowiązkowym tournee po Reykjaviku dostajemy czas wolny – ci, którzy chcą, mogą w tym czasie pójść do Galerii Narodowej. Chciałem i poszedłem – na miejscu 4 sale z instalacjami sztuki nowoczesnej. Nigdy nie ciągnęły mnie takie absurdy, ale tam mi się podobało – zwłaszcza labirynt. W drodze powrotnej natykamy się na wątpliwej urody cheerleaderki, którym zawdzięczamy późniejszy atak śmiechu Borka w autobusie.
Z centrum jedziemy na Perlan – nowoczesny budynek zwieńczony półkulą, położony na wzgórzu za miastem. Wewnątrz sztuczny gejzer, muzeum, restauracje. My jedziemy podziwiać widok na Reykjavik, który stamtąd rozciąga się rzeczywiście wspaniale. W międzyczasie Siwy łowi pieniądze z fontanny tylko po to, by wrzucić je tam z powrotem :)
Na sam koniec odwiedzamy jeszcze Tingvellir – miejsce zgromadzeń starego "parlamentu" islandzkiego, a jednocześnie punkt w którym łączą się dwie płyty kontynentalne. Wąwóz wygląda naprawdę malowniczo, a przy okazji trafiamy na ekipę zdjęciową, która przeprowadza inscenizację podpisania jakiegoś porozumienia.
Po powrocie na kemping idziemy pograć w nóżkę. Na wypasionym boisku ze sztuczną trawą gramy z islandzkimi trzynastolatkami, którzy na powitanie wymieniają nam paru polskich piłkarzy. Gra się fajnie, wszyscy jesteśmy pod wrażeniem jednego z chłopaków. Pytam się nawet jak się nazywa, żeby w razie czego wiedzieć, jeśli zobaczę go kiedyś w telewizji. Sigurdur Kisli Snorasson :)
07.06
Jedziemy oglądać wieloryby, ale okazuje się, że tego dnia statki nie pływają. W zastępstwie zwiedzamy więc to, co mieliśmy zobaczyć jutro – gejzer Strokkur, wodospad Gullfoss i krater Kerio. Gejzer jest imponujący, a widok gromadki osób, która w napięciu, z aparatami w rękach, czeka na jego wybuch dość pocieszny. Szkoda, że wybucha tylko co parę minut i trudno jest zrobić dobre zdjęcie :) Takich problemów nie ma jednak na wodospadzie Gulfoss – można do niego podejść naprawdę blisko, a widok zapiera dech w piersiach. Wodospad jest ogromny, a odgłos i widok spienionej wody – niesamowity. Krater na mnie przynajmniej robi już mniejsze wrażenie, ale tak właściwie to też nie można mu nic zarzucić :)
Wracamy na kemping. Większość grupy jedzie na Błękitną Lagunę, słynne kąpielisko ze źródeł geotermalnych. Pada deszcz i pogoda nie jest zachęcająca, ale jak potem opowiadali, nie bardzo to przeszkadzało. Gdy wszyscy są już na kempingu jemy obiadokolację i oglądamy filmy z różnych szkolnych okazji. Śpiewamy nawet hymn szkoły :)
08.06
Z samego rana jedziemy na wieloryby, których nie mogliśmy zobaczyć wczoraj. Pogoda jest super, więc wszyscy spodziewają się dobrych obserwacji. Na początku podpływamy do wyspy z kolonią maskonurów – bardzo ładne ptaszki, choć spodziewałem się, że są większe. Najfajniej wygląda, gdy nieporadnie próbują poderwać się do lotu, wpadając z powrotem do wody. Niestety, to już koniec fajnych widoków w czasie tego rejsu. 3 godziny pływania za 3500 ISK – bo wieloryba nie zobaczyliśmy żadnego. Ludzie wkurzeni i rozczarowani, Marines pojeżdża nawet panią w kasie, która mówi, że nie odda nam pieniędzy słowami "But this is... isn't good!" ;)
Jedziemy więc dalej, w kierunku parku narodowego Skaftafell. Krótki postój w Vik, w którym mamy okazje oglądać plażę z czarnym piaskiem i dalsza droga z przerwą na mecz w jakimś hotelu w środku pustkowia. Mecz przegrany, ale cóż poradzić. Pod wieczór dojeżdżamy na malowniczy położony kemping Svínafelli.
09.06
Z samego rana jedziemy na wykopaliska archeologiczne, które prowadzi znajomy pani dr Baron. Jest mokro i pada, ale jakby tego było mało, w drodze na stanowisko musimy przeskoczyć przez rzekę. Ja jakimś cudem wrzucam do niej plecak (na szczęście szybko wyławia go Siwy i nic nie przemaka), a Karola wpada do zimnej wody (przynajmniej w autobusie mogła posiedzieć chwilę w dresach Miśka – kierowcy :)). Same wykopaliska są dość ciekawe – pozostałości farmy są dobrze zachowane, a pan archeolog opowiada interesująco. Na sam koniec proponuje nam jeszcze partyjkę futbolu wieczorem.
Z wykopalisk jedziemy do parku narodowego, na krótki spacer z panią przewodnik. Zaczyna padać, co źle wróży naszej wyprawie na lodowiec. Iść oczywiście idziemy, chociaż pogoda nie dopisuje. W rakach i z czekanami chodzimy z panem przewodnikiem z Kanady. W najdalszym punkcie robimy zdjęcie z flagą i bawimy się w alpinistów. Lodowiec jest brudny, ale ładny. Szkoda tylko, że szliśmy trasą dla emerytów – praktycznie cały czas było płasko i mało ambitnie, generalnie rzecz ujmując. Nie zmienia to faktu, że udało nam się dość mocno przemóc i zmarznąć. Na szczęście, ku ogólnemu zdziwieniu, po zejściu z lodowca dostaliśmy hot-dogi i gorące napoje. Coś pięknego :)
Żeby było śmieszniej, po powrocie na kemping pogoda zrobiła się wręcz przepiękna. Niebieskie niebo i pełno słońca. A do tego przykempingowy basen z ciepłymi brodzikami i miejscem do gry w rugby wodne. Gra z Miśkiem to wprawdzie lekka masakra, ale było śmiesznie :)
Pod sam koniec dnia pojechaliśmy na wcześniej umówiony mecz z archeologami do pobliskiej szkoły. Sceneria do gry była dość niecodzienna – boisko u stóp kamienistych szczytów. Grało się jednak fajnie – Islandczyków było tylko 4, więc oddelegowaliśmy część naszych. Pierwszy mecz niestety przegraliśmy, w drugim udało się na szczęście wziąć rewanż. Pech chciał, że skręciłem kostkę – wyglądało dość poważnie i wyłączyło mnie z aktywnego uczestnictwa w obozie. Wieczorem w kempingowej stołówce siedzieliśmy z grupą Islandczyków. Pośpiewaliśmy trochę piosenek – raz my, raz oni. Nastrój tak nam się udzielił, że śpiewaliśmy jeszcze długo po ich wyjściu. Bardzo sympatyczna noc :)
10.06
Rano właściwie nie mogę chodzić – na moje szczęście dzisiejszy dzień raczej nie obfituje w atrakcje. Jedziemy autobusem w kierunku Djupivogur, z krótkim postojem w zatoce lodowcowej Jökulsárlón. Po południu dojeżdżamy do kempingu – niestety, chyba najgorszego ze wszystkich odwiedzonych. Prysznic na żetony i maleńka kuchnia nie przeszkadzają jednak w dobrej zabawie. Większość osób idzie na basen, ja z Asią i panią Bąk wysłuchujemy wszystkich dziennikarskich historii naszej szkoły :D Później czeka nas wieczór "kina bez przemocy" :) Na zewnątrz jest zimno, nikomu nie chce się wychodzić, więc dzielnie oglądamy.
11.06
Wstać mamy z samego rana, bo krajowa droga nr 1, którą mamy jechać, na tym odcinku ma być podobno żwirową ścieżką. Islandzkie autostrady :) Nie jest jednak tak źle, na miejsce odpłynięcia promu, do Seydisfjördur, docieramy dość wcześnie. Wcześniej ostatnie zakupy w Bonusie, na które mamy aż 6000 ISK na czwórkę – niezła wyżerka :) Kupujemy prowiant na prom i obładowani kartonami i żółtymi torbami, jak grupa Rumunów, wchodzimy na prom. Teraz czujemy się tu jak w domu. O 16 odpływamy, żegnając ukochane Seydisfjördur, w którym zostały nasze serca ;-)
Tym razem zaokrętowano nas trochę lepiej, bo blisko siebie, w dwóch blokach. Niestety do mojej kuszetki, w której są tylko 4 osoby, dochodzi para śmierdzących Islandczyków. Potem na szczęście gdzieś się wynoszą.
12.06
Rano dopływamy do Torshavn. Wszyscy oprócz mnie, kalekiego :P, schodzą na ląd i dzielnie maszerują do dwóch farerskich muzeów. Ja w tym czasie jestem świadkiem ćwiczeń ratunkowych na statku. Wieczorem oglądamy mecz. O dziwo cała sala cieszy się z gola dla Polaków, a gdy strzelają Austriacy nie ma żadnych oznak radości. Dobrze wiedzieć, że Duńczycy albo nas lubią, albo się nas boją :P
13.06
Prom, prom, prom... Ok. 16 wpływamy do Bergen. Stoimy tam tylko godzinę, ale schodzimy na ląd na krótki spacer po tamtejszej starówce. Rzeczywiście wygląda to niczym stare, portowe miasteczko. Czasu na bliższe zwiedzanie jednak nie ma, trzeba wracać na prom. Zdążyłem jednak sprawdzić jak tam norweskie ceny – zestaw z hamburgerem za osiem dych robi wrażenie.
Na promie Bó kaleczy się puszką, ponoć bardzo widowiskowo :) W Norwegii do kuszetki dochodzą nam dwaj wrocławscy kierowcy tirów. Sympatyczna rozmowa, panowie jak się okazuje często przesiadują na naszym Jecie. Sympatia do nich mija jednak w momencie wejścia do kuszetki wieczorem. Wali jak z murzyńskiej chaty, jakaś masakra. Ja przenoszę się kuszetkę obok, prof. Urban twardo nie idzie spać i spaceruje całą noc po statku. Bo spać nikt tam nie ma zamiaru.
14.06
Koniec końców dopływamy do Danii. Wreszcie słońce, wreszcie noc, wreszcie jakiś normalny krajobraz. Okupacja korytarza w stylu czeczeńskich uchodźców, powolny marsz do wyjścia i jest – schodzimy na stały ląd. Po chwili pakujemy się do autobusu i wyruszamy w drogę. Do Polski! :) Po powrocie zaczynam doceniać walory srodkowoeuropejskiego krajobrazu – lasy, pola uprawne, nawet wiejskie domki. Do Polski wjeżdżamy po północy – stacja benzynowa, na której większość produktów to piwo, toaleta za 1,50 zł... Jesteśmy w domu :)
Na większość mojego namiotu pod internatem nikt, jak zwykle, nie czeka – chyba nas nie kochają ;-) Mało tym zmartwieni dziękujemy kierowcom i kadrze, zabieramy bagaże i zdajemy sobie sprawę, że ten obóz właśnie się skończył.
Zdjęcia wykonane przez uczestników obozu. By poznać autora zdjęcia, przytrzymaj kursor nad miniaturą. Więcej zdjęć z Islandii, a także fotografie z poprzednich obozów Olimpijczycy, dostępne są pod adresem olimpijczycy.xt.pl.